Ania jak narkotyk

listopad 29, 2008

Pisałem sobie dziś z Martyną, koleżanką Ani. Słuchając Fisza, w ciemnym pokoju, zacząłem rozmyślać. Doszedłem do ciekawych wniosków.

Hmmm… Kiedy miałem karę na Sieć i w Sieci pojawiałem się tylko będąc w szkolnej bibliotece albo pracując na komputerze mamy, nie czułem się dobrze. Nie wiem jak to wyglądało u Ciebie, Aniu, ale wiem, że Ty też nie czułaś się dobrze. Aniu, jesteś jak narkotyk! Te bezsieciowe dni były dla mnie jak jakiś detoks! Wyobraź sobie, iż przez część wolnego czasu leżałem na łóżku w ciemnym pokoju, słuchając jakichś smutnych piosenek. Nie dawałem sobie rady sam ze sobą. Hmm… To było okropne. Szczerze mówiąc nie czułem się wcześniej w ten sposób. Miałem ochotę walić pięściami w ścianę. No dobra, nie tylko miałem ochotę :) Dlaczego? Bo brakowało mi Ciebie, Narkotyku.

Staram się zawsze codziennie coś do Ciebie napisać. Ty też się starasz. Jestem Ci za to bardzo wdzięczny, bo jestem od Ciebie uzależniony. Potrzebuję Cię co dzień. I mam Cię co dzień. Chociażby na sekundkę, gdy piszesz “mam naukę, nie mogę dziś pisać”. A jeśli nie mam Cię fizycznie, to mam Cię duchowo na Zielonej. To dla mnie bardzo ważne. Mój Narkotyku, ja muszę Cię codziennie zażywać!

Pamiętasz jak często pisaliśmy, iż musimy już iść, bo blahblah. “Zaraz schodzę z komputera”. To zaraz trwało pół, godzinę, dwie. Ja zawsze miałem z tym problem. Bo jak Cię raz posmakuję to chcę więcej, więcej, więcej, dłużej, dłużej, dłużej.

Po prostu – uzależniłaś mnie od siebie. Ale dzięki Tobie, mój Narkotyku, moje życie jest tak fajne.

I nie chcę już więcej detoksów, bo mi z Tobą dobrze :)

Czasem jak nie mam “gdzie się podziać”- to znaczy siedzę bezczynnie gdyż nie mam siły na nic innego przeglądam stare dokumenty. Tak właśnie odszukałam te dwa opowiadania. Chyba jak do tej pory najważniejsze dla mnie. Wrzos (lub Annes i Lorens) jest moim ukochanym. Napisałam je pod wpływem pewnej piosenki w trzeciej klasie gimnazjum. Mnie się podoba, paru osobom również. Pomyślałam, że mogłabym je ostatecznie tu dodać.

Wrzos


Od pewnego czasu pracowałem w firmie zajmującej się finansami małych przedsiębiorstw. Mam prawie 40 lat, jednak nadal jestem kawalerem. W moim życiu wydarzyło się niesamowicie dużo dziwnych i zaskakujących rzeczy, jednak nie spodziewałem się, że los może być aż tak okrutny. Zostałem wspólnikiem Pierra Moune. Był dobrym i pracowitym człowiekiem. Zawsze ciepło opowiadał o swej żonie, Madlen. W jego opowieściach wydawała się najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietą, jaką tylko mógł wymarzyć sobie mężczyzna. Pierre opowiadał o tym, jak z wielką czułością opiekuje się dziećmi i domem, a poza tym jakim jest wspaniałym chirurgiem. Mimo swej ciężkiej pracy zawsze ma czas dla rodziny. Jak na 40-paro-letniego mężczyznę, Pierre był radosny, zawsze życzliwy, nigdy nie odmawiał pomocy. Uwielbiałem popołudniowe rozmowy z nim podczas pory obiadowej. Był to człowiek, którym- z czystym sercem mogę to stwierdzić- zafascynowałem się. Zaraził mnie swoim życiowym optymizmem.

Już dwa tygodnie po rozpoczęciu współpracy z Moune przeprowadziliśmy udaną transakcję z przedsiębiorstwem w Paryżu. Dostaliśmy za to niezłe pieniądze. Oczywiście ja od razu ulokowałem je na swoim koncie, jak to się mówi, zamroziłem je na czarną godzinę. Pierre bez wahania wybrał się na zakupy. Poprosił mnie o pomoc. Kupiliśmy domek dla lalek dla Adèle, jego 8-letniej córeczki oraz tor wyścigowy dla Benjamina, który jak sam Pierre opowiadał już w wieku 6 lat pisał wiersze, teraz ma 10 lat i jest najbardziej uzdolnionym chłopczykiem ze swojego rocznika. Najmniej jednak problemu sprawił mu prezent dla Madlen. Najpierw poprosił mnie, abym uczestniczył w dzisiejszej kolacji, jako jego najlepszy przyjaciel. Wzruszyłem się. Wiem, że nie ma się czym chwalić, ale nawet jak byłem mały nie potrafiłem znaleźć sobie przyjaciela. Zawsze byłem odrzucany. W wieku 6 lat, co prawda poznałem jedną dziewczynkę, ale to przykra historia, która ciągnęła się, aż do 30 roku mojego życia. Oczywiście zgodziłem się z wielką radością. Przyjaciel, bo tak od tamtej pory miałem go nazywać, zabrał mnie najpierw na przejażdżkę do lasu. Zerwał trzy gałązki wrzosu i pojechaliśmy do niego, do domu.

Mijałem okolice bogaczy i tych biedniejszych. Pan Moune mieszkał na skraju Paryża. Można wręcz powiedzieć, że była to zupełna wieś. Jego dom różnił się bardzo od mojego. Ja preferowałem minimalistyczne, proste i zimne wnętrze, a może był to po prostu wynik tego, że nie miałem czasu na życie prywatne. On miał przepiękną małą willę, z której zaraz po zgaszeniu silnika wybiegły dwie pary nóżek. Dzieci podbiegły do ojca, rzucając się mu na szyję. Potem zza drzwi wyszła Pani Moune. Nie mogłem jej się dokładnie przyjrzeć, gdyż stała za daleko. Zauważyłem tylko blond włosy, które swobodnie spływały na jej ramiona.

-Kochanie, mamy gościa, to pan Paul Lorens, mój współpracownik i najlepszy przyjaciel.- spojrzał na mnie i ukradkiem mrugnął okiem.- Dzieci przywitajcie się z wujkiem Paulem.- Adèle, a zaraz potem Banjamin rzucili się na mnie. Madlen się roześmiała i weszła z powrotem do kuchni. Pierre ruszył wolnym krokiem niosąc na ramieniu Adèle, a Banjamina trzymał za rękę. Weszliśmy do środka. Kazał mi się czuć jak u siebie w domu. Usiadłem, więc na miękkiej kanapie. Usłyszałem jak pani Moune ucieszyła się z wiązanki wrzosu. Zresztą wszędzie dookoła było pełno ususzonych gałązek tej rośliny. Pachniało w całym domu. Zamknąłem oczy… Wydaje mi się, że przysnąłem na chwilę, ponieważ usłyszałem ciche śmiechy dzieci. Obudziłem się i od razu wiedziałem, o co chodzi. Zawsze śpię z otwartymi ustami. Moune zawołał mnie do stołu. Usiadłem na przeciwko Madlen. Dopiero teraz mogłem jej się dokładnie przyjrzeć. Dobrze się znaliśmy. Jednak dawno już nie utrzymywaliśmy ze sobą kontaktów. Myślę, że ona też przypomniała sobie kim jest Paul Lorens, gdyż unikała mojego spojrzenia. Przez cały wieczór ani ja, ani Madlen nie odezwaliśmy się ani słowem. Jedną osobą, która mówiła był Pierre. Opowiadał o wszystkim. Praca, dom, znowu wracał do pracy, wtrącił o wyśmienitym jedzeniu, zaraz znowu wracał do premii z naszego wspólnego projektu. Był tak zafascynowany swym monologiem, że nie zauważył, że wszyscy mu tylko przytakują. Ja sam słyszałem tylko swoje ciągłe “takatociekawecotyniepowiesz” powtarzane w koło. Czułem się jak nakręcona katarynka. Nie było mnie stać na nic innego jak tylko zwięzłe nieprzemyślane przytakiwanie.

W końcu Moune wyszedł z dziećmi, aby położyć je spać. Zostałem sam z Madlen. Zaczęła się gorączkowo zbierać i składać naczynia. Kiedy podeszła do mnie złapałem ją za rękę.

-Paul…

-Madlen…-usłyszałem swój drżący głos. Całym swym ciałem poczułem zapach wrzosu, ciepło z Madlen przeszło na mnie. Oblała mnie fala gorąca i szczęścia. Usiadła. Spojrzała na mnie i odwzajemnia uścisk zaraz potem go gwałtownie puszczając. Z jej twarzy gwałtownie zniknął uśmiech. Jednak oczy zdradzały wszystko. Mimo dziwnej złości, w oczach nadal utrzymywała się ta delikatność, co w rękach. Wstała.

-Panie Lorens, ja przepraszam, ale musi pan coś zrozumieć.- Miałem nadzieję, że nie będzie mówiła tak chłodnym tonem, tak obojętnym.- Kiedy miałam 6 lat byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem. 6 lat i żadnej przyjaciółki, chodziłam często sama do lasu na spacery. Mieszkałam z rodzicami na wsi. Mieli spory kawał ziemi, więc mogłam chodzić gdzie tylko chciałam. Los chciał, że właśnie tam spotkałam pewnego chłopca. Był starszy ode mnie o jakieś 2 lata. Tak samo samotny i zagubiony. Tak jak ja czuł się niezrozumiany i inny niż wszyscy.- Mówiła dalej szeptem, jednak jej głos z każdym słowem miękł, załamywał się, znikała groźba i bark jakichkolwiek uczuć. Pojawiało się wzruszenie.- Spotykałam się z nim codziennie. On z bardzo biednej rodziny, ja niby z tej lepiej usytuowanej. Wszyscy mówili: “Madame Annes”, będziesz wyśmienitym lekarzem, znajdziemy ci dobrego męża. Od dziecka planowali mi przyszłość. Najpierw był to Poussin, potem Moune. Nie zważano na to, co ja czuję, kogo kocham. Wtedy, kiedy opływałam w luksusy mój przyjaciel miał wiele obowiązków w domu. Pomagałam mu. Po kryjomu oczywiście. Rodzice nie mogli dowiedzieć się, że zajmuję się takim zajęciem jak dojenie krów. Chłopak stał się moją pasją, moim natchnieniem życiowym. Mijały lata. Gdy było naprawdę źle zawsze chodziliśmy na polanę pełną wrzosu. Było to nasze miejsce. Tam rozwiązywaliśmy wszystkie problemy, uspakajaliśmy się. Tak działał na nas zapach tej rośliny. Z dzieci zamienialiśmy się w nastolatków. Zawsze razem, zawsze ze sobą. Między nami wykształciła się ogromna więź, której nawet nie można nazwać miłością. Po prostu zrośliśmy się ze sobą. Ja i on, on i ja, to było jedno i to samo. Rozumieliśmy się bez słów. Żadne z nas nie miało innych przyjaciół, nawet znajomych. Dobrze potrafiliśmy maskować, to że się ze sobą spotykamy. Wiadomo było, że gdyby to się wydało byłby skandal na całą wieś. W końcu jednak, dorosłam. Zaczęły się czasy studiów. Jako “Madame Annes” musiałam wyjechać do Paryża. On nie miał możliwości nauki. W dzieciństwie- owszem, mogłam mu podbierać z domu jedzenie, ale pieniędzy na dodatkowe studia nie miałam. Skończył na małym uniwersytecie zaledwie 20 kilometrów od naszej wsi. Ja nie miałam wyjścia. Bardzo cierpiałam, ale musiałam wyjechać. Mijające dni zbliżały mnie do ukochanego. Pisałam listy. Każdą odpowiedź dostawałam z ususzoną gałązką wrzosu z naszego lasku. Zdawałam kilka zaliczeń jednego dnia. Cały czas się uczyłam. Przez to znowu nie byłam lubiana, znana. Wszystko dla niego. Szczerze mówiąc nie przejmowałam się tym wtedy. Ja go po prostu…-Madlen przerwała. Popatrzyła na mnie. Po jej jedwabnej skórze na policzku spłynęła kropla łzy. Potem następna i jeszcze jedna.- Po prostu go kochałam. Najzwyczajniej w świecie kochałam go. Rozumie pan? Każda wizyta w domu, kiedy mogłam się z nim zobaczyć była ukojeniem dla mojego serca. Dla mojego zranionego i wciąż krwawiącego serca. Z czasem pisał coraz mniej listów. Nie miałam pojęcia, co się stało. Zaczęło mnie to bardzo niepokoić. Zawiesiłam studia i pojechałam do rodzinnego domu. Nie mogłam go nigdzie znaleźć. Jego rodzice mówili, że nie wiedzą gdzie on jest. Umierałam z niepokoju. Potem dowiedziałam się, że do mojego domu zaczął zjeżdżać drugi kandydat na męża- pan Moune. Był już po studiach. Z bogatej rodziny. Owszem był miły. Ale ja kochałam moją drugą połowę. Tylko jego i nikogo więcej. Moja przerwa w nauce trwała coraz dłużej. Całymi dniami przesiadywałam na wrzosowisku czekając na niego. Dzień w dzień czekał na mnie tylko zawód przy zachodzie słońca. Nawet uwalniający się wtedy zapach wrzosu nie spełniał już tej roli, co kiedyś. Któregoś pochmurnego dnia, postanowiłam jeszcze ostatni raz wybrać się do “naszego miejsca”. Przyszedł. Wpadłam mu prosto w ramiona i zaczęłam bić go w pierś krzycząc i lamentując. Pytałam wtedy o wszystko. Najważniejszym pytaniem jednak zostawało to, czy mnie jeszcze kocha? Bez chwili wahania odpowiedział “taktaktaktak”, powtarzał to mechanicznie, jakby chciał mnie upewnić w sowich uczuciach. Przyciskał mnie do siebie coraz mocniej. Spojrzałam mu wtedy w oczy, najgłębiej jak tylko mogłam i czekałam, aż coś powie. No i powiedział. Drogi panie Lorens, nie chciałam tego usłyszeć, a usłyszałam. Były to słowa, które po dziś dzień odbijają się w moim umyśle jak echo, cholerne echo, którego nie mogę uciszyć. Powiedział mi wtedy: “Będziesz z nim szczęśliwsza. On jest bogaty, ma wykształcenie. Ja kochanie, nie mogę ci nic zaproponować. Ze mną możesz tylko pójść na nasze wrzosowisko i zapomnieć wszystko, co złe, nieprzyjemne. Jestem niespokojnym duchem, nie dam rady nas utrzymać. Wiem, że się poddałem. Ale Madlen, na miłość boską, z nim naprawdę będziesz szczęśliwsza.”. Pamiętam te słowa dokładnie. Każde było wypowiedziane z wielkim trudem, ale jeszcze trudniej było przyjąć je do swego serca. Popatrzyłam na niego i z szeptem powiedziałam jedno “nie”. Czekałam, aż jednak powie, że to był żart. Milczał nieubłaganie. Nie mogłam tego znieść. Jedyna osoba, z którą rozumiałam się bez słów opuściła mnie dla mojego szczęścia?! Panie Lorens, to nie było szczęście! To było najgorsze, co mnie mogło spotkać. Zaczęłam biec. Zdążył mnie jeszcze tylko na chwilę objąć i wyszeptać, że mnie kocha. Powiedział to najbardziej czule jak do tej pory. Wyrwałam mu się z objęć. Kilka tygodni przepłakałam. Nie miałam z nim żadnego kontaktu. Nadal go kochałam, a jednak musiałam wyjść za Pierra Moune. Wróciłam na studia, potem urodziłam dzieci i powoli o nim zapominałam. Jednak zawsze musiałam mieć w domu wrzos. Pierre przywoził mi go, widział, jaką sprawia mi to radość. Nie wiedział tylko jednego. Wrzos dawał mi poczucie tego, że jest przy mnie mój ukochany. Że jesteś przy mnie ty Lorens. Ty mój ukochany, najukochańszy Lorensie.- załamałem się. Nie zdawałem sobie sprawy, że sprawiłem Madlen taką krzywdę. Całe życie próbowałem usprawiedliwiać się przed samym sobą, ale tak naprawdę bałem się. Bałem się odpowiedzialności. Po tym wszystkim dostałem stypendium i studiowałem za granicą. Wróciłem i los chciał, że trafiłem właśnie do firmy pana Moune, tego Moune. Zebrałem wszystkie siły, ale stać mnie było tylko na marne przepraszam.

-Madlen, ja… Madlen ja cię kochałem, ale nie mogłem pozwolić, aby twoje życie się zrujnowało przeze mnie, przepraszam Madlen.- Zdałem sobie sprawę, że znowu to robię, znowu się usprawiedliwiam. Ale cóż mogłem zrobić? Byłem prawie pewien, że Madlen mnie nienawidzi.

-Nie, Paul przestań. Z chwilą, kiedy odszedłeś miałam nadzieję, że nie będę musiała znowu łatać swojego serca. Muszę. Wraz ze wrzosem do mojego domu wszedłeś ty. Właśnie teraz. Teraz, kiedy moja rodzina zaczyna być naprawdę szczęśliwa. Paul, nie możesz zniszczyć tego, co przed laty kazałeś mi zbudować. Kochałam cię z całego serca, a ty wydarłeś spory kawałek z niego wtedy, kiedy powiedziałeś, że odchodzisz. Tak po prostu. Paul, byłabym szczęśliwsza żyjąc z tobą przez kilka lat w biedzie, niż żyjąc przez te 10 lat bez ciebie, usiłując zapomnieć o moim uczuciu. Nie każ mi znowu przez to przechodzić, nie zniosę tego…- spojrzałem na nią, a następnie na kompot z rabarbaru.

-Dopiję, dobrze?

-Oczywiście panie Lorens. Znowu uciekasz…

Chwyciłem szklankę i skierowałem się ku wyjściu. Madlen podbiegła do mnie. Ostatni raz ją pocałowałem i przytuliłem. Czułem zapach wrzosu. Miałem nadzieję, że zapamiętam go do końca życia.

-Kocham cię, Madlen. Kocham najmocniej na świecie. Spróbuj o mnie zapomnieć. Musisz o mnie zapomnieć. Już nigdy nie wejdę w twoje życie. Masz fantastycznego męża i mądre dzieci. Ciesz się tym. A ja? Ja pozostanę w gałązkach wrzosu. Będę tam jako twój najukochańszy przyjaciel- Paul. Kocham cię Madlen. Żegnaj.- Odwróciłem się i wyszedłem z domu. Z każdym krokiem, który oddalał mnie od Madlen, czułem coraz większy ból. Nie mogłem się jednak odwrócić.

-Lorens!- zawołała i posłała mi pocałunek ruchem ręki. Mimo, że był on tylko taki, poczułem jego obecność na całym swym ciele. Dodała mi tym otuchy. Szedłem w milczeniu powtarzając tylko w myślach: “Będzie szczęśliwsza” i słuchając tłumaczeń Madlen, dlaczego wyszedłem, kiedy Pierre zszedł na dół…


Drugie jest z kolei starsze- druga klasa gimnazjum. Skoro zbliżają się święta (?) to poczujmy ich magię.


Wigilijny cud


Nadeszła kolejna zima, kolejne święta. Wielu z nas cieszy się z tego czasu, jednak nie Marysia. Jest to dziewczyna, która w ostatnim roku przeżyła za dużo jak na swoje czternaście lat.

Dokładnie rok temu w wieczór wigilijny siostry i mama dziewczyny zginęły w wypadku samochodowym. Od tamtej pory życie Marysi zmieniło się nie do poznania. Ojciec nie mógł pogodzić się ze śmiercią bliskich. Zaczął staczać się na samo dno. Najpierw nie dopuszczał do siebie myśli, że nie ma już żony. Wpadł w głęboką depresję, aż w końcu zaczął pić, został zwolniony z pracy. Wtedy dopiero zaczęły się prawdziwe kłopoty. Gdy nie mógł poradzić sobie sam ze sobą, zaczął bić Marysię. Dziewczynka mimo wewnętrznego potężnego bólu trwała przy nim i nadal go kochała. Wiedziała bowiem, że jest to bardzo dobry człowiek. Gdy zaczęły się długi, a nie starczała renta po mamie i siostrach, musieli przenieść się do malutkiej kawalerki. Pieniędzy było coraz mniej. Ojciec wszystko przepijał ze swoim przyjaciółmi od kieliszka. Często przychodził z nimi do domu, wtedy dziewczynka musiała wychodzić bez względu na pogodę. Marysia czasami nic nie jadła, a czasem – gdy udało jej się nazbierać parę groszy – zjadła ciepły obiad w szkole. Stawała się coraz mniej towarzyska, zamykała się w sobie. Od tamtego fatalnego popołudnia znienawidziła Wigilię i Boga. Nie wierzyła w ani jedno, ani drugie. Gdy zbliżał się ten okres, w którym każdy przystraja choinki, wystawy są ozdobione bombkami i światełkami, Marysia płakała do poduszki w swoim maleńkim pokoiku. Nie mogła podzielić się swoimi uczuciami z nikim. Cały świat wydawał się jej nie do zniesienia. Każdy płatek śniegu i odgłos dzieci bawiących się w nim przypominał jej mamę. Wszystko było bardzo ponure. Ojciec tymczasem wrócił do domu, jak zwykle upity. Nie znosił, kiedy Marysia płakała, nie chciał, aby przypominała mu o strasznych przeżyciach sprzed roku. Dziewczyna przestraszona wytarła łzy rękawem i ciepło przywitała ojca. Jednak jak można nie widzieć cierpienia dziecka, które ma zaczerwienione oczy. Pijany człowiek nie ma nad sobą kontroli. Uderzył ją w twarz i kazał natychmiast wyjść. Krzyczał, przeklinał i wymachiwał rękoma. Marysia wiedziała, że jeżeli nie wyjdzie, to tatuś ją zbije. Wzięła kurtkę i wyszła na mróz. Za sobą słyszała tylko dźwięk ryglowanego zamka. Nie miała dokąd iść. W takich momentach miała nawet myśli samobójcze. Wiedziała jednak, że musi żyć dla ojca. Dzień był wyjątkowo mroźny, a ona miała na sobie tylko cienką kurtkę, w dodatku połataną. Usiadła pod jednym z daszków sklepu. Niestety również stamtąd została wygoniona. Nie miała, gdzie się podziać. Szła przed siebie, pragnąc spotkać chociaż jedną osobę, która udzieli jej pomocy. W końcu znalazła. W jednej ze strych ulic było mnóstwo ludzi, którzy grzali ręce przy ogniskach. Nieśmiało podeszła do jednego z nich. Starsza kobieta o bardzo miłych rysach twarzy stanęła obok niej.

-Jesteś tu pierwszy raz, prawda?- zapytała głosem tak pięknym, jakby przemówił do niej anioł. Dziewczyna zatrzepotała rzęsami nie dowierzając, że ktoś się nią zainteresował.

-T…t…tak. Przepraszam, ale jest mi bardzo zimno.-odpowiedziała, jąkając się z powodu zimna. Kobita złapała ją za rękę i zaprowadziła do bardzo ciepłego pomieszczenia, w którym był wielki stół, a na nim wszystkie potrawy wigilijne.

-Proszę, usiądź i najedz się, a potem wszystko będzie dobrze. Nie martw się o tatę. On jest na pewno w szczęśliwym miejscu.-Marysia nieśmiało usiadła i zaczęła jeść. Wszystko było takie wykwintne, takie dobre. Pod swoimi sztućcami znalazła medalion swojej mamy.

-Proszę pani…-kobiety jednak nigdzie nie było. Znikła bez śladu. Dziewczyna wpatrywała się medalion, gdy poczuła, że ktoś łapie ją za ramię.

-To byłam ja.-głos brzmiał strasznie znajomo. Marysia odwróciła się i zobaczyła swoją mamę.

-To nie ty! Ciebie nie ma! Przecież ty…

-…nie żyjesz. Dziś jest Wigilia. Nie możesz być sama.

Zasiadły razem do kolacji. Rozmawiały tak jak kiedyś. Było wspaniale. Dziewczynka nie mogła nacieszyć się widokiem swej mamy. Gdy zbliżała się północ, mama wstała.

-Muszę teraz odejść. Pamiętaj, że gdziekolwiek będziesz, ja zawsze cię widzę! Rozmawiaj ze mną, zawsze będę przy tobie!

-Nie odchodź! Nie możesz… Ja sobie nie radzę!- w tym momencie dziewczynka obudziła się na ławce przy grobie swojej matki. W ręku nadal ściskała medalion. „Czy to możliwe? To nie był sen?”, myśli kłębiły się jej w głowie. Tymczasem zauważyła, że ku niej zmierza ojciec. Było to niesamowite. Nigdy od czasu pogrzebu nie zaglądał tu. Był całkiem trzeźwy, ucałował ją w czoło i zanucił kołysankę, którą zawsze śpiewała jej mama. Usiadł koło niej i nakrył ją miękkim kocem. Siedzieli tak blisko siebie rozmawiając o tym, co będzie dalej. Nie było im wcale zimno… Wyglądali jak dwa anioły otoczone wielką poświatą.

-To są najpiękniejsze święta w moim życiu! Doznałam cudu, tato, doznałam cudu…- powiedziała dziewczynka.

Nad ranem ksiądz, który przechodził cmentarzem, zobaczył dwie osoby, które siedziały na ławce bardzo mocno wtulone w siebie. To była Marysia i jej tata. Ich twarze mimo że już bez życia, były rozpromienione i szczęśliwe. Wyglądali, jak gdyby cieszyli się ze spotkania z resztą rodziny. Ksiądz pochował ciała, odprawiając uroczystą mszę. Było na niej wiele ludzi. Każdy z nich modlił się za córkę i ojca, którzy w wigilijny wieczór pogodzili się i odmienili.

Dziś znowu jeden z tych dni, które wzbudzają we mnie potrzebę wspominania. Nie mam pojęcia czemu. Na koniec dodaję jeszcze zdjęcie z początku października. Manekiny są naprawdę “erotycznie zakręcone” - Agata. A co najważniejsze- manekiny są fotogeniczne…


photo

Wiecie, że Was kocham,

pozdrawiam

Ania

9. [Chcę do domu!]

listopad 24, 2008

Wiecie jak zwyłe zdjęcie może popsuć humor?

Nie wiecie.

To jest mój dom.

dsc00109

Aktualnie płaczę. Aktualnie chcę do domu. Altualnie nic nie pomaga.

Depresja? Być może.

8.

listopad 15, 2008

anusiaÓsemka nie jest już szczęśliwa. Za to ósemka to moje chyba ulubione słowo- zaczyna się na ó. Intrygujące ó.

Życie szybko się zmienia. Jest jak woda, która nie jest w stanie utrzymać się na dłoni. Umyka gdzieś i nawet nie widzisz kiedy. Niektórzy uważają, że to co widzimy jest nierzeczywiste. Ja myślę, że jednak jest. Że przynajmniej my sami musimy być rzeczywiści. Dlaczego? Dlatego, że wszędzie utrzymują się pewne emocje, które nam towarzyszą. Złe czy dobre- są. Miłość, nienawiść, niepewność, przyjaźń. Codziennie się z tym spotykam. Codziennie widzę jak to przenika moje życie. Jak szkoła wypełniona jest ludźmi, których łączą ścisłe relacje, które z reguły są takie same. Po pewnym czasie się zmieniają, ale czy to właśnie nie świadczy o prawdziwości życia. O jego niedoskonałości i doskonałości zarazem?

Następną cechą jaka powoduje, że mam nieodparte wrażenie tego, że żyję tak naprawdę jest tęsknota. Taka prawdziwa, nieopisana. Do ludzi, których ubóstwiam, ludzi dzięki, którym moje życie jest dużo prostsze, przyjemniejsze- bardziej do życia. I tu serdeczne pozdrowienia wysyłam zwłaszcza do Szymona.Nie było go pewien czas. Dla niektórych nie długi. Dla mnie okropnie długi. Wydawało się dziwnie pusto. Bez jego żartów, rad, bez samych- nawet chwilowych- rozmów z nim. Człowiek bardzo się przywiązuje. I nawet nie macie pojęcia jak bardzo można związać się z kimś nawet nierzeczywiście.

Kolejną rzeczą przyjaźń. Przyjaźń, z której sobie zdałam sprawę dopiero teraz. Są takie dwie. W tym miejscu pozdrawiam Justynę, tak Ciebie moja droga. Wiem, że jak zwykle zażartowałabyś i powiedziałabyś: Anka ja cię nienawidzę. Ale prawda jest taka, że jesteś jedną z najbliższych mi osób. Jesteś osobą, która uczestniczy w moim życiu całe życie, jesteś rzeczywista, jesteś przykładem tego, że życie jest prawdziwe, stałe. Codziennie budzę się i wiem, wiem, że znam taką Justynę, która teraz czy jest w Koszalinie, czy w Gryficach- jest.

Aha, poprosiłam ją o to, aby założyła bloga, powiedziała- jaki to ma sens i tak nikt oprócz Ciebie o nim nie wie. No to już wiecie, blog Justyny.

Kolejną osobą jest ta, z która rozmawiam całe wakacje. Pan Radek. Tak, tak właśnie. Też zdałam sobie sprawę z tego, że istnieje między nami pewna już przyjaźń. Nieopisanie dziwna. Śmieszna. Sympatyczna zarazem.

A ostatnią osobą choć bardzo ważną ostatnio jest dla mnie kolega-przyjaciel. “Powiem Ci wszystko, Ty mi też- takie są między nami relacje.”. Chcę mu tylko podziękować, ot tylko tyle.

Jestem teraz w domu. W moim prawdziwym domu. Oglądam po raz setny z mamą Dumę i uprzedzenie. Dzięki temu mogę w swojej głowie odtwarzać twarze mówiących nie patrząc na nich. To jest piękne. Kocham ten film. Podobają mi się relacje jakie łączyły tamtych ludzi. W tamtych czasach. Wydawały się takie prawdziwe. Nie wszystko miało tylko jeden cel, jaki w dzisiejszych czasach jest za bardzo oczywisty. Istniała miłość. Piękna rzecz, na którą moim zdaniem zasługuje każdy z nas.

Tak jak na odrobinę lenistwa. Szymon napisał skrypt. “Dzięki temu skryptowi będziesz musiał tylko wkładać płytę i naciskać ENTER.”- napisał na swoim blogu. Powiem Wam szczerze, jestem dość ograniczona w sprawach informatycznych ale szanuję go również za to- za to, że naprawdę kocha to, co robi. Mówi, zrobiłem to bo jestem leniwy. Ale dzieli się tym. To cały Szymon- Szymon, którego znam. Szymon, za którym tęsknię.

Jako, że mało zdjęć jest takich, które mi się podobają (to znaczy zdjęć, na których jestem ja) dodam jedno. Nie uznajcie tego za zuchwałość. Po prostu- podoba mi się. Aha, z tego miejsca chciałabym także serdecznie pozdrowić Kamila. Twoje zdanie i przemyślenia bardzo mnie zaciekawiły. Powiem Ci jednak, że dla mnie niestety matematyka nie jest tak oczywista. Moim zdaniem nie wszystko to matematyka. Fascynuje mnie medycyna (tak, chyba powoli tak), a choroby, które jej towarzyszą na pewno nie są wynikiem niby przenikającej ten świat logiki.

W tym miejscu kocham też Monikę i Alę- moje dwa smalce. Aj low ju!

Wiecie, że Was kocham.

Pozdrawiam,

Ania.

7.

listopad 10, 2008

Siedem to szczęśliwa liczba. Tak ktoś mi kiedyś powiedział. Tak w moim życiu zostało. Każde losowanie totolotka, mimo iż rzadko, zaczynam skreślaniem siódemki. Potem jest dziewiątka, piętnastka i dwudziestka ósemka. W sumie nie wiem po co to piszę skoro to nie ma żadnego sensu. W każdym razie zaczęło się prawdziwe, trudne życie w Szczecinie. Prawdziwy zapieprz i chwile zwątpienia. Wmawianie sobie, że chemia i fizyka są fajne, że twoim jednym poparciem wyboru „medycznej” (jak to cholernie dziwnie brzmi, tak niby poważnie, a jednocześnie to jedno wielkie nic, które niczego oprócz założenia- może uda ci się dostać na medycynę- nie daje) nie była biologia. Ale po kolejnym i kolejnym sprawdzianie z ów przedmiotów, wyliczeniu wszystkich za i przeciw, podliczeniu średniej całkowanej, dzielonej i mnożonej, a nawet czasem pierwiastkowanej wychodzi, że niestety ale jedyną rzeczą, jaka wchodzi do głowy szybko, jaka bardzo ciekawi jest biologia. Nie, nie statystki- krasnorosty, zielenice, alweolanty czy inne takie, które krążą wokół was, wytwarzają pseudopodia i rozmnażają się przez gamię i mejozę i nie wiadomo co, a właśnie wszystkie te, jakby nie było, fascynujące czynności tych stworzeń. Nie wszystkim podoba się dyfuzja, fagocytoza i pinocytoza- mi tak. Ja o tym mogłabym opowiadać w nieskończoność. Ja to lubię.

Ale nie to miało być tematem tej magicznej siódemki. W końcu piszę tą notkę (nie lubię tego słowa, powszechnie „notki” piszą dziewczęta takie jak ja w szóstej klasie, kiedy to opanowałam sztukę myloga i logowania się do niego, kiedy to użalając się nad sobą nie mogłam znaleźć miejsca gdzie mogłabym spokojnie sama sobie udowodnić, że lubię pisać, że moim powołaniem jest polski i przedmioty humanistyczne, co doprowadziło mnie do klasy <zacznę od tego najbardziej dziwnego w moim przypadku przedmiotu> fizyczno-chemiczno-bilogicznej) bo kilkuchybatygodniowych namowach Justyny, która dzielnie reanimowała to „coś” przez ostatnie dwa wpisy. Tak, blog oddychał trochę przynajmniej jej życiem, posilił się jej słowami. W ogóle jaka jestem dumna, gdy widzę, że pisze aż tak długie wpisy. Kiedyś tak nie było. Pisała mniej. I wcale nie jest tak, że się wkurzam jak pisze tu coś bez mojej zgody. W sumie… w ogóle się na nią nie potrafię denerwować, co CZASEM doprowadza mnie do szału. Bo jakby były inne okoliczności, których nie ma, no ale jakby były (czyli zmiana mojego charakteru) to pewnie bym jej coś powiedziała w tym stylu. No ale nie powiedziałam, a jak na razie dostała pozwolenie na tak zwane more&more.

Tak więc ogólnie myślę, że i tak moje oczekiwane paręzdańnaodwalsię jak zwykle nie mogło trwać parę zdań. Tak już mam, jak coś pisać to koloryzować (szkoła pana Jana). Tak, historia w gimnazjum to było coś. Odbieranie telefonu na lekcji, patrzenie się Janowi prosto w jego zagubione oczęta, mówiące „Może jednak ona mnie słucha” przy jednoczesnym wymienianiu informacji przez słuchawkę przy uchu zasłoniętą za krótkimi włosami, które zapuszczało się całe pieprzone wakacje i znowu ścięło bo coś odwaliło. U Jana, który nie patrzył na ściągę A4 w drugiej ławce rzędu środkowego, u Jana, który zachwycał się koloryzowaniem o Piłsudskim. To wszystko było, po prostu. Skończyło się. To wszystko się zmieniło i zaczęło martwić. Jakoś dziwnie, niepostrzeżenie wymknęło się spod kontroli. „Bo kiedyś mówiłaś, NIGDY W ŻYCIU, a teraz załamujesz ręce. Nie daj się temu, bo wiem, że będziesz kiedyś kimś. Kimś ważnym. Kimś, kto dokona wielu ważnych rzeczy w życiu. Po prostu to wiem, dobrze?”.

Na koniec tylko jeden obrazek- jakieś rysunki z historii (w sumie nie jakieś, bo malowane dla mojej Moniki, z zamiarem odwzorowania chłopaka z szatni szkolnej). Nowej historii, na której można co najwyżej wegetować pogrążając się w rozmyślaniach na temat tego, co ty najlepszego robisz. Poczynając od piątku wieczór, na piątku wieczór kończąc. CO TY NAJLEPSZEGO ROBISZ?!

bezc2a0tytulu