12. (Ostatnia już w tym roku)
grudzień 30, 2008
Blog to niby zapiski jednej osoby. Przemyślenia, rozważania, podejście do życia. Czasami życie samo w sobie. Mój blog jednak stał się czymś o wiele lepszym. Czymś o wiele wartościowym. Zaczynając pisać na nim cokolwiek wydawało mi się, że nie będę go prowadziła dłużej niż przez dwa wpisy. Myślałam, że będzie on czymś w rodzaju anonima (dla niewtajemniczonych- moja poprzednia strona), jednym wielkim użalaniem się nad sobą bez pokrycia. Teraz wiem- nie można go nazywać nawet blogiem. Jest za ważny. Jest czymś innym, czymś co kryje wiele tajemnic, wiele uczuć, wiele najważniejszych dla mnie spraw. Przede wszystkim łączy ludzi.
Pierwszy wpis jaki opublikowałam dotyczył ostatniego dnia wakacji. Nie zdajecie sobie sprawy jak wiele do tej pory się zmieniło, jak wiele zdarzyło. To niby cztery miesiące, a jednak tak wiele zrobiły. Zaczęłam szkołę w Szczecinie, zobaczyła, którzy ludzie są prawdziwi, szczerzy kochani. Zyskałam przyjaciół i ich zaufanie. Odnalazłam się w nowym, choć samotnym życiu. “Odzyskałam” Justynę, a może nawet dostałam coś więcej. Żyłam z Martyną przez półrocze numer jeden i nie zamierzam przestawać. Znalazłam duże wsparcie w Ali, która jest moim chodzącym uśmiechem. Ukochałam fantazje spełniane razem z Moniką. Nie przestałam rozmawiać z Szymonem, który też jest dla mnie dużym wsparciem i zawsze pocieszycielem, dobrym przyjacielem. Jakkolwiek nie było miałam i mam przy sobie wielu ukochanych ludzi, którzy znają mnie jako mnie, nie jako wymyślną panienkę, która robi wszystko żeby ją zauważono. I to kolejny myślę sukces. Nie zmieniłam się. Przynajmniej tak mi się wydaje. Pozostałam sobą. Sobą taką jaką chciałam być.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jestem pokoleniem elektroniki i zanika w nim zdolność do przekazywania jakichkolwiek uczuć. Śmiało mogę powiedzieć, że to nie prawda. Ostatnio napisałam komuś:
“Kiedyś opowiadałam Ci o tym jak tygodniami czekam na paczkę, a potem nastaje moment, w którym mogę ją otworzyć. Myślę, że do tego można także porównać maila, choć na tego zupełnie nie czekasz. Dostajesz po prostu wiadomość z jakimś tematem, jakimś nadawcą, jakąś treścią. Jednak jeśli jest on od osoby, która chce Ci coś powiedzieć, coś co ma dla niej i być może dla Ciebie znaczenie to każde słowo smakuje inaczej. Każde kolejne zdanie, które czytasz jest jakby każdą kolejną warstwą opakowania mojej paczki. I dojdziemy do tego, że środkiem tej paczki jest pożegnanie. Ale każde pożegnanie może być najmilszą częścią listu. Dlaczego? To pozostawię w swojej słodkiej tajemnicy.”
I wiecie? Uważam, że to prawda. Kto mnie zna, wie jak ważne dla mnie są listy. Jak kocham niespodziewanie dostać od kogoś wiadomość. I oczywiście, uważam, że możliwość oglądania pisma, zawahań, zmiany długopisu jest niezastąpiona to nie uważam, że klawiatura komputera uniemożliwia pokazanie swoich uczuć. Wręcz przeciwnie. Tylko, że problem tkwi w ludziach. Tych, którzy nie potrafią dać czegoś z siebie. Samemu napisać życzeń, które dla każdego będą miały duże znaczenie. O wiele przyjemniej czytać nawet nieporadne życzenia ale skierowane konkretnie do siebie, niż kopiowane kilkakrotnie wierszyki, które powtarzają się każdego roku i każdy je już zna.
Ogólnie wpis chciałam nazwać, powtórka z 2008. Ale chyba nie wyjdzie. Zawsze muszę wtrącić jakieś swoje osiem groszy. Właśnie zostało tylko kilka godzin starego roku. Za te kilka nieszczęsnych godzin będę “o rok starsza” i będę już stara dupa bo do pełnoletności zostanie mi raptem rok. Za te kilka nieszczęsnych godzin już nawet rok i cyferki w dacie mimo że w innych zeszytach nie będą mnie łączyć w żaden sposób w gimnazjum. Za te kilka nieszczęsnych godzin zacznie toczyć się nowa historia Ani. Historia roku 2009. Mam nadzieję tylko, że ludzie, którzy towarzyszyli mi przez cały rok 2008 nieodłącznie, których kocham z całej siły pozostaną ze mną. I w tym miejscu zamiast ogólnikowych życzeń każdemu z osobna chyba chcę podziękować.
Dziękuję:
Justynie
Za to, że jesteś cały czas. Przez te wszystkie lata razem ze mną, obok mnie. Za to, że tak wiele wbrew pozorom mnie nauczyłaś. Za swój uśmiech i gotowość do pocieszania mnie. Za to, że się nie zmieniasz. Że pozostajesz ciągle taka sama, dobra, wesoła. Moja. Za to, że znasz całą moją rodzinę. Za to, że prawie co roku ubierasz ze mną choinkę. Za wspólne wakacje. Za pepsi z cytryną. Za filmy z Hilary i OTH. Za ten śmieszny akcent kiedy witasz i żegnasz się z moim tatą. Za to jak pięknie nie raz grałaś na moich elektrycznych organkach, nie raz mnie tym denerwując. Jednym słowem, a pewnie paroma: Jestem dumna, że tak dobrze i długo Cię znam.
Szymonowi
Za to, że potrafisz ze mną rozmawiać. Za to, że zawsze jesteś gotów wysłuchać nawet najgłupszych rzeczy jakie mam do powiedzenia. Za Twoją dobroć jaką mi okazałeś przez ten czas. Za to ile mnie nauczyłeś, a sam wiesz, że bardzo dużo. Za to, że odkryłeś mnie, a raczej wewnętrzną mnie i wydobyłeś ze mnie to, co najlepsze, a ja mogłam to pokazać innym. Za to, że widząc, że jesteś dostępny i zaraz potem widząc ta pasku rakietkę, która krzykliwie woła: Szymon napisał! zawsze się uśmiecham choćbym w najgorszym była dołku.
Martynie
Za to kochana, że po prostu kurcze zawsze wiesz jak do mnie przemówić. Za to, że od paru miesięcy śpisz ze mną w jednym łóżku na tonie książek od matematyki na zmianę z fizyką, angielskim, biologii i chemii. Za to, że jesteś tak dojrzała jak na swój wiek. Za to, że podchodzisz dosłownie tak samo do pewnych spraw jak ja. Za to, że pomagasz mi zawsze jak tylko tego potrzebuję. Za to, że mało zawału nie dostaję jak wychodzę z łazienki i widzę Cię stojącą, a raczej pochyloną w kapturze. Za te nasze nocne wariacje kiedy już po prostu nie jestem w stanie układać oczy inaczej niż w dziwny półksiężyc. Kochana za to, że odkrywam Cię każdego dnia na nowo, że stałaś się dla mnie siostrzaną siostrą, którą ubóstwiam wprost za wszystko.
Ali
Za to, że okazałaś się fantastyczną osobą, koleżanką i mnie bardzo wspierasz. Za Twoje dobre serce i uśmiech, który widzę każdego dnia jak się spóźniasz. Za Twoje napady śmiechu w szkole, kiedy idę korytarzem, a z oddali już prawie pokładasz się ze śmiechu. Za to Twoje wspaniałe podejście do świata. Za to, że jesteś w stosunku do mnie bardzo dobra. Za wspólne powroty do domu ciepłym lub zimnym ale zawsze naszym autobusem. Za Mountain Dew, które jako nieliczna lubisz, które jest już po prostu oznaką powrotu do domu. Za to, że zawsze mogę na Ciebie liczyć, że nie odmawiasz pomocy, że jesteś szczera, a szczerość bardzo się przydaje. Za to, że dzięki Tobie stałam się o trochę lepszym człowiekiem.
Monice
Za to Twoje szaleństwo, które mnie zawsze rozbraja i kocham Cię za to, że stałam się o choć trochę bardziej szalona i wesoła. Za ten Twój uśmiech, który widzę każdego dnia jak powoli dochodzę pod klasę, a potem za ten Twój ciepły uścisk, który mówi wszystko. Za Twoje dobre serce i chęć pomocy mi nawet jak jest tak fatalnie, że się nie da. Za te godzinne rozmowy w autobusie, kiedy to poświęcając się czekasz na mnie na Słonecznym. Za to, że potrafisz słuchać. Że widzisz we mnie kogoś za kim tęsknisz. Za to, że jesteś każdego dnia gotowa aby wziąć tą swoją torbę i maszerując przez szkołę z nią rozmawiając ze mną o wszystkim.
Rafałowi
Za to, że zawsze potrafisz mnie rozśmieszyć, że potrafisz słuchać i jesteś bardzo szczery. Za to, że mogę powiedzieć Ci wszystko bez obawy, że nie będziesz ze mną szczery. Za to, że nigdy nie jesteś obojętny wobec krzywdy mojej czy kogokolwiek innego. Za to, że zawsze jesteś na horyzoncie, gdy jest źle. Za to, w końcu, że po prostu lubisz mnie taką jaką jestem. Że w Twoim towarzystwie mogę być zupełnie sobą. Za to, że jesteś osobą, na której z pewnością mogę polegać.
Radkowi
Za to, że potrafisz mnie docenić. Potrafisz mnie rozbawić, że wierzysz w mój “niby talent” pisarki. Za to, że pytasz co myślę o pewnych sprawach. Za to, że zawsze jesteś w stanie słuchać. Nie puszczasz niczego mimo uszu. Za te Twoje świetne wierszyki, rymowanki, które są świetnym sposobem na nudę. Za to, jak potrafisz problem ubrać w ładne słowa. Za to, że zawsze mogę znaleźć u Ciebie pocieszenie.
Tym wszystkim osobom dziękuję. Za to, że jesteście. Dla mnie. Teraz i tu i mam nadzieję przez następnych parę dobrych lat.
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NADCHODZĄCYM NOWYM 2009 ROKU, MOI DRODZY.
Wiecie, że Was kocham,
Ania
2008 r.
grudzień 29, 2008
Chyba już nie da się pisać u siebie. Chyba swojego człowiek się bardziej boi…
Dzisiaj jest 29 grudnia 2008 roku. Pojutrze ten dzień będzie już odległą przeszłością, godzinami sprzed roku. Nieszczęsny nowy rok, jeszcze cięższy niż poprzedni.
Ale, wspomnienia są, to ważne. Bartek wczoraj powiedział, że najlepsze z tego co pozostało są chyba jednak wspomnienia, i najczęściej to dla nich warto się spotykać.
—
Czasem to dobrze, jak poza wspomnieniami zostanie coś jeszcze.
W sali nr 12(?), podczas lekcji biologii. Pamiętam, że wtedy większość pisała jakiś konkurs, więc reszta robiła to co robiła. My-zdjęcia telefonem Oli i Martyny(?).
Pamiętam, to było kiedy szłyśmy w poniedziałek do Kościoła, na przygotowania do bierzmowania. Zdjęcia robione wszystkim i wszystkiemu mają “to coś”(nienawidzę tego sformułowania). Tu: Dzieci kłócące się o coś, aż śmieszne jest to, że prawdopodobnie kiedyś to my tacy byliśmy.
(maj 2008)Zdjęcie okropne, ale tylko to jest na DA, a z innych nie mogę niestety korzystać teraz. Jak robiłyśmy u Anki plakat o BIG BENIE na lekcje u Dżeksona. Śmieszne, żałosne, tak wiem, ale nigdy tego nie zapomnę! Jak śmiali się z tego plakatu. Tak, perspektywa podstawą w NASZYCH pracach!
Za dużo tu mnie. Zdjęcie z 23 kwietnia 2008. Po testach, po wszystkim. Za dużo tu mnie.
Dokładnie to pamiętam. Jak widać: 16 maja 2008. Przez egzaminami moimi, przed BALEM GIMNAZJALNYM. Czym to dla nas wtedy było? Właściwie, dla Anki
Czymś, co nie powinno być aż tak ważne, jak było. Ale to już wiemy. To chyba piątek był. Po lekcjach. Było strasznie ciepło. Później szłyśmy na Słowiańską, w trampkach. Umarłam, tyle pamiętam.
“Stare dzieje. Jeszcze przed egzaminami. Godziny dziennie.” Dodaję tylko dlatego, że mi się podoba:)
12, 13, 14 maja 2008-Warsztaty Koszalin
20 maja 2008- 15:00 – egzamin z fortepianu Koszalin
29 maja 2008- 16:00 – egzamin z KS-u, Szczecin
- 17:00 – egzamin z Zasad Muzyki, Szczecin
30 maja 2008- 13:00-konkurs polifonii, Goleniów
30 maja 2008- 15:00-egzamin z KS-u i Zasad Muzyki, Koszalin
31 maja 2008- 08:45-egzamin z fortepianu, Szczecin
04 czerwca 2008- 13:00-egzamin dyplomowy z fortepianu, Gryfice
Niemożliwe?
—WAKACJE
Praga. Chyba było tam fajnie. Na pewno było fajnie. Nareszcie nie ja na zdj.
Jak z marmuru! Anka z kuzynką. Szczerze mówiąc, mało z tego pamiętam, właściwie nic. Pewnie dlatego, że mnie tam nie było.
Za to to pamiętam. IX Zlot Młodych Muzyków. Zdjęcie zrobione w Safari Zoo(Praga?) w którym każdy był już co najmniej po dwa razy.

Moja ręka na klawiaturze. W wakacje, oczywiście, godziny grania w te głupie gry komputerowe nic nie wnoszące i będące tym, czym powinny być.
I wreszcie:
Chyba nie trzeba komentować : )
—
Przepraszam, że zdjęcia takie a nie inne, ale mogłam korzystać tylko z tych, które są zamieszczone na DA(nie jestem na swoim komputerze).
Myślę, że te osiem miesięcy są warte wspomnień, i chyba nie żałuję ani jednego dnia…
Jeszcze:
-ściągi z historii o niemożliwych rozmiarach. Ania&Justyna company
-odprowadzanie do domu trwające zazwyczaj pół godziny conajmniej
-rysowanie na lekcjach głupich komiksów, które nadal gdzieś są!
-nudzenie się czasami na polskim doprowadzające do dziwnych czynów
-lekcje u Baśki!
-Ksiądz Dariusz!
-Wakacje kolejne razem. No i, ja już po raz kolejny wpisana w rodzinę Anki. Ja naprawdę znam całą jej rodzinę!
-wyjazdy nad morze!
-no i, zdjęcia!
A ja chyba do końca swojego życia będę stawiać przecinki przed i!
Nie patrz wielce w przeszłość, która przeminęła. Nie zawracaj sobie głowy przyszłością, która nie nadeszła. Żyj teraźniejszością i spraw, by była warta wspomnień.
Ida Scott Taylor
pozdrawiam,
Justyna
Jest wszędzie…
grudzień 23, 2008
Ania jest ze mną wszędzie. Jest w każdym obiekcie natury. Widzę ją w Słońcu, Ona sięga do mnie promieniami. Widzę Ją na niebie, gdy rozmawia ze mną poprzez tworzenie z chmur przeróżnych artefaktów. Widzę Ją w nocy, kiedy podszywając się pod Księżyc, wskazuje mi drogę do siebie. Słyszę Ją we wietrze, kiedy szepcze do mnie. Czuję Ją w kroplach deszczu, dlatego deszczu nie unikam.

Jest ze mną wszędzie, wystarczy, że odsłonię zasłonki i spojrzę przez, a nawet na, okno…
11.
grudzień 21, 2008
Właśnie nadeszło to, z czym walczyłam od września. Tak zacznę chyba tą jakże emocjonującą notkę (znów to głupie słowo, nie uważacie, że “notka” to tak infantylnie trochę brzmi. Nota, zanotowanie, ale skąd NOTKA?! Może prościej po prostu użyć wpis), a może wyciągając z konkluzji, po prostu wpis. Dlaczego, oj to bardzo proste. To zdanie dotyczy dosłownie każdego aspektu mojego życia w chwili obecnej. Dziś w ogóle nastąpi niespotykany wysyp zdjęć, wiecie? Najpierw pewnie te z tydzień temu, byłam w Forum, w Koszalinie- mieście, ulicach po których codziennie przechadza się Justyna (ale o tym potem) i później pewnie te z dziś, dnia jednego z dwóch jaki mnie czeka. Ale jedno jest plusem- pierwszy: zaliczony. Trzecia grupa zdjęć to po prostu szaleństwo z panną 15april (Justyną), w domu. Wiecie, od paru już miesięcy jeżdżę co tydzień, na tydzień do Szczecina. Gdy przyjeżdżałam do pokoju, który niegdyś, nie tak dawno wieczorami był moją odskocznią od życia, zapomnieniem, wielkim spokojem, tak ostatnimi czasy zupełnie nie obchodziło mnie co i jak tam leży, jak wygląda moje biurko, czy pali się świeczka. Te, wydawałoby się szczegóły miały dla mnie naprawdę wielkie znaczenie. Biurko, przy którym spędzałam naprawdę większość wieczorów , świeczka, w którą potrafiłam się patrzyć godzinami, szuflada, w której były długopisy, kredki, płyty- wszystko co było mi potrzebne, było dla mnie ważne, wszystko co kochałam- stało mi się obojętne. Każdego tygodnia po prostu wchodziłam do pomieszczenia. Nie do pokoju Ani, który miał to coś, to coś, co sprawiało, że naprawdę miło było tu przebywać. Stało się to po prostu pomieszczeniem, beznamiętnym, takie jak każde inne. W tym tygodniu, w ten weekend to zmieniłam. Mój pokój znowu jest mój, z moją muzyką, świeczką, szufladą… Tylko ja trochę już nie ta.
Wszystko po prostu zaczyna mieć swój sens. Kleić się w jedną układankę, w której po prostu brakuje paru puzzli. Nie jest tak, że jest źle, bo zawsze może być gorzej. Zresztą chyba najważniejsze są osoby w życiu. I spokój, który daje ci pewność, że są bezpieczni, że kochani ludzie, których szanujesz i uwielbiasz są bezpieczni, zostawieni gdzieś w jednym miejscu, czekający na ciebie. Czasem przychodzi zwątpienie, co jeśli pójdą, zostawią cię, nie będą cię już potrzebować. Nie dziwię się. Sama mimo tego, co słyszę, czuję, widzę czasem tak mam. Za długo jednak byłam nieszczęśliwa, przez co zła, przez co inna, nie ja. Jeśli jest dobrze po cóż szukać złego?
Pewna osoba powiedziała mi, nigdy nie jest fatalnie, zawsze są rzeczy dobre i ich się trzeba trzymać. Miałaś rację. Jeśli coś nie idzie mi tak jak chciałam po prostu zamykam oczy? Szczerze? Wydaje się to śmieszne, wiem. Ale zamknięte oczy działają cuda. To co czujesz może się urzeczywistnić. Możesz dokonać tego, co chcesz. Tego, o czym marzysz. Możesz znaleźć się w ramionach ukochanej osoby, popatrzeć głęboko w oczy i bez problemu powiedzieć co czujesz. Możesz otworzyć usta i mówić bez problemu o wszystkim, co cię gnębi, tym samym odnajdywać spokój i szczęście, którego czasem, wydaje ci się nie masz. A ono jest, zawsze jest.
Bardzo długo nie pisałam. Nie będę Wam mówić, że nie pisałam bo… i się usprawiedliwiać bo to nie będzie prawda. Nie pisałam bo nie miałam ochoty, nie pisałam bo wydawało mi się że straciłam swój słowotok, że straciłam to, że usiądę do klawiatury o drugiej w nocy i napiszę, po prostu co mi leży na sercu. A przecież o to mi chodzi w tym blogu. Szczerze mówiąc pisząc Wam jestem prawie pewna kilu tylko osób, które to przeczytają. W pewnym momencie moja bezosobowość została zagubiona, może dobrze. Potem postanowiłam pisać dla niektórych. Słowo “nielicznych” brzmiało by tu za wyniośle. Chodzi o to, że moje ja, które pokazuję tu, moje ja, które odkrywam tak naprawdę tylko przed niektórymi osobami (a dlaczego? Boję się reakcji. Boję się odpowiedzi na mnie. Boję się przywiązywać do kogoś żeby nie zostać skrzywdzona…) jest nie do końca przez wszystkich przyjmowane. Blog daje mi poczucie tego, że tu mogę wyrazić swoje zdanie. Kiedy Szymon powiedział abym założyła bloga od razu skojarzyłam to z typowym opisywaniem dnia, tygodnia lub miesiąca. A przecież wcale tak nie musi być. Może być to pamiętnik otwarty, jednak taki, w którym pokażę siebie, moje myślenie, postrzegany przeze mnie świat.
Więc… nie pisałam długo. Zgadza się. Teraz jednak nazbierało się trochę różnych spraw, które są dla mnie czasem nie do “ogarnięcia”. Po pierwsze dygresja na dziś: ludzie się zmieniają. Tak, to jest pewne. Czasami potrzebne są im wakacje, czasami parę miesięcy szkoły, czasami jeden dwa dni. Niektórzy kameleonizują się. Przybierają pewną postać żeby się chronić. Ja to rozróżnić. Jak zobaczyć, że osoba, która była dla nas naprawdę ważna jest kochana, nasza, potrzebująca nas? Czasami się nie da. To jest smutne. Ale prawdziwe. Ale może właśnie wtedy trzeba szukać drogi, która doprowadzi nas do źródła. Nawet jeśli ktoś ma twardą skorupę nowego siebie szukać jakiś przetchlinek (biologia się kłania…) i docierać do prawdziwego ducha, do kogoś kogo się kochało. Chyba po prostu nie wolno się poddawać dopóki jest nadzieja, dopóki uczucie w nas nie wygasa. Bo przyjdzie dzień, w którym zapomnimy, w którym to, co było ważne zostanie zastąpione przez następne ważne. Choć, nie musi tak być. Wszystko może współgrać, myślę, że to zależy od nas. Nie całkowicie ale zależy. W każdym razie ze względu na przeszłość nie można zaprzepaszczać przyszłości. Może łączyć to jakoś, sklejać w całość aby po drodze nie zapomnieć kim się samemu jest?
Kolejną rzeczą jest chyba to, że ludzie o sobie przypominają po prostu. Czasami są dni, w których zbiera nam się na wspominanie. Powiem Wam na własnym przykładzie, że długo byłam związana z jednym zdjęciem. Potem nie mogłam na nie patrzeć ale zniszczyć go też nie byłam w stanie. Dziś to zrobiłam. Nie próbowałam zapomnieć o przykrym wydarzeniu z przeszłości. Po prostu zakończyłam ten rozdział. Postarałam się o to, aby to tak nie bolało. Stawiłam temu czoła, a kiedy mi się to udało poradziłam sobie ze zdjęciem. Do czego to prowadzi? Chyba do tego, że nie można zapominać o złych rzeczach. Kolejna osoba na pytanie czy zakochała się kiedyś odpowiedziała, że tak. Na drugie pytanie, czy udało jej się zapomnieć, odpowiedziała bardzo poważnie i przekonująco. “Takich rzeczy się nie zapomina, takie rzeczy możesz na chwilę odstawić, pogodzić się z nimi ale one muszą trwać bo one się zdarzyły.”. Nie jest to głupie, powiedziałabym nawet prawdziwe. Dlatego właśnie to co było odsunęłam na bok zostawiając miejsce nowym doświadczeniom, uczuciom, osobie.
Jeszcze miesiąc temu pisałam “Chcę do domu”- to była szczera prawda. Bardzo mi było źle w Szczecinie. Sama sobie nie potrafię odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Może po prostu musiałam przez to przejść żeby zdać sobie sprawę z tego, że to teraz tam jestem, bądź muszę być. Tu została cząstka mnie. Wraz z moją rodziną, która żyje własnym teraz życiem. Wiem, że myślą o mnie, kochają mnie. Jednak ich codzienność oparta jest na poczynaniach zupełnie nie związanych ze mną. Żyją po prostu bez kogoś takiego jak ja. Ale jestem z nimi- to pierwsza cząstka. Druga to znajomi, najbardziej jedna. Nie zgadniecie jaka, prawda? Nie będę już słodzić, ona wie. Trzecia cząstka to wszystkie miejsca strasznie dla mnie ważne,, miejsca, które dają mi poczucie tego ciepła, tego, że tyle temu wszystkiemu zawdzięczam, tak bardzo to kocham. Miesiąc temu chciałam wrócić. Nie obchodziło mnie co w Szczecinie. Po głowie chodziło mi tylko jedno zdanie: Kiedy wrócę do domu. To się zmieniło. Teraz właśnie dzieje się to co w pierwszym zdaniu tego wpisu. W końcu niestety rozdarłam się na dwa. Na dwa światy, które jakkolwiek bym się nie starała nie mają żadnego łącznika, żadnego punktu spójności oprócz mnie. W końcu nadszedł ten moment, w którym zaczynam wiązać swoje miłe wspomnienia z miejscami, które nie są tylko w Gryficach. Tak jak tu była moja kochana ulica, na której mieszkam, park, a w nim mnóstwo różnych miejsc, które ukochałam i spędzałam tam nie raz czy dwa czas, droga do domu i różne jej wydłużania, aby więcej porozmawiać, szkoły, do których chodziłam, ulubione miejsce na boisku, plac i ławka, na którą świeciło słońce i można było wystawić choć na chwilę do niego twarz. To wszystko jak na to patrzę przyjeżdżając do domu staje się dla mnie powodem do uśmiechu jak i do płaczu zarazem. Szczecin zaczyna robić to samo. Co prawda jest mniej tych miejsc bo tylko kanapa w kawiarni, ulubiona kanapa koło KFC, maszyna do gier, na której o 22 poobijałam rekord rzutów do kosza, droga z autobusu do domu. Tego wszystkiego zaczyna pojawiać się coraz więcej, a ja coraz bardziej zaczynam przywiązywać się do nich. Przywiązywać się do ludzi, którzy temu towarzyszą. Zaczynam czuć, że stają się mi niezbędni, bliscy, ukochani.
Pewnie wielu z Was tego nie zrozumie. Nie oczekuję tego. Po prostu wiedzcie.
No i Wesołych Świąt, których zresztą sama niestety niezbyt lubię.
Wiecie, że Was kocham,
Ania.
Bonus na Święta, zdjęcia!













