14.
styczeń 24, 2009
Dziś dzień powrotu. Pisać za dużo nie będę bo w sumie za dużo nie chcę. Było przecudownie. Jak zwykle. Uwielbiam narty, uwielbiam moment, w którym pozwalam moim nogą ponieść mnie delikatnie po śniegu omijając po drodze innych ludzi. Uwielbiam wjeżdżać wyciągiem i obserwować styl innych narciarzy. W końcu w tym roku wjeżdżaliśmy na górę zamkniętymi gondolkami. Kiedy siedzi się z kilkoma innymi ludźmi, każdy z nich pokazuje ci swoją historię. Pokazuje kawałek siebie. Możesz obserwować człowieka siedzącego na przeciw ciebie i wiedzieć, że kiedy spuszczasz wzrok, on robi to samo. Śmieszne uczucie. Najśmieszniejsze z tego wszystkiego jest to, że jak przez tyle, przecież chyba dobrych osiem lat, rok w rok nie chorowałam, ani nie miałam, żadnej kontuzji, tak teraz złapała mnie angina i zapalenie oskrzeli i nie wiadomo co jeszcze. Mój brat wyskoczył z pewnej śnieżnej skoczni tak wysoko, że aż stłukł sobie klatkę piersiową całą. Na szczęście wszystko skończyło się w porządku. Przez tydzień dokładnie byłam odcięta od świata. Powiem Wam szczerze, że czasem się to przydaje. O pewnych osobach, a raczej wyimaginowanych uczuciach do nich można zapomnieć, a o innych sobie przypomnieć, a raczej uzmysłowić jak bardzo ich brak. Ogólnie jestem wolna. Wolna od wszelkich trosk i problemów, zmartwień i niepotrzebnych myśli. Uwielbiam tę narciarską błogość kiedy po prostu jadę. W głowie mam tylko to, żeby trzymać krawędzie, kiedy oddycham pełną piersią mroźnym, czystym powietrzem. Dzień w dzień takiego błogiego życia wystarcza aby człowiek był “czysty”, aby człowiek mógł zaczynać od nowa. Chyba dlatego też kocham narty. Najpierw zostajesz sam na wyciągu ze swoimi myślami. Patrzysz na innych ludzi ale wydaje ci się, że jesteś jakby zupełnie sam na stoku. Potem powoli te wszystkie myśli wypierasz. Złe wspomnienia zostają zupełnie zatarte. Wszystkie troski zostają gdzieś za tobą, niczym ślad nart zostawiony na śniegu. A potem wieczorem tych, do których tęsknisz możesz spotkać w wyidealizowanym świecie snów. A no i najważniejsze! Ania jeździła na snowboardzie. Tak mam zdecydowany talent do tego. Bez żadnej pomocy zjechałam pół stoku i… wywróciłam się raptem raz. Jednak stwierdzam, że bardziej mnie to fascynowało jak tylko na to patrzyłam. W ogóle przepraszam, słowo fascynowało jest złe, interesowało- jest dobre. Teraz osobiście uważam, że jest to dość nudne. Polecam narty. Ale jak to niektórzy mówią: “Co kto woli”.
Parę zdjęć z wypadu.
Wiecie, że Was kocham
ściskam i całuję
pozdrawiam Ania
: )
styczeń 23, 2009
Siemka!
Chyba nie masz internetu TAM, dokładnie TAM(tak właśnie prezentuje się moja wiedza na temat tego, gdzie właśnie przebywasz. Wiem, że Czechy. Dobrze wiem?). Podejrzewam że nie ma tam połączenia ze światem, a nawet jak jest, to istnieje milion lepszych sposobów na spędzenie czasu niż siedzenie w internecie. No, ale nic. Będzie tzw suprajs jak wrócisz!W sumie mogłabyś już zawitać tu i ówdzie. Bo trochę nudno, a ja kładę się codziennie spać o czwartej nad ranem. Budzę się o drugiej po południu oczywiście: ) Cóż za ironia losu!
Ale nie ma tak. Właśnie w tej chwili postanawiam sobie, że będę robić COŚ. Cokolwiek co nie jest ciągłym siedzeniem przed komputerem! Aaaaa! Zamawiam sobie mp4! I, jakby, będę miała właściwie komputer, bo to 16GB! Czyli więcej niż w tym momencie mam wolnego miejsca na komputerze:) Aaaach już nie mogę się doczekać aż w końcu będę miała muzyki bez ograniczenia! Zważając na to, że jestem od niej odcięta od kąd mi ukradli mój słynny sprzęt o pojemności 1GB!
Chyba powinnam już skończyć TO. Czymkolwiek TO jest!
I, dziękuj mi za to że napisałam tu. -Wiesz czemu!-
Wracaj tu do nas!
Z tzw pozdrowieniami,
Justyna!
“Kocham jak nigdy dotąd”
styczeń 18, 2009
Kiedyś już cytowałem ten fragment. Gdy słucham “Loff” Fisza i Emade, zawsze, chociażby w myślach, powtarzam te słowa.
Leżę w ciemnym pokoju, wyłączam monitor i raczę się płytą F3 Fisza i Emade. Coś mi jest? Tak, tęsknię.
Nie wiem skąd nagle pojawiło się takie uczucie i to tak mocne.
Myślę o Tobie, Aniu, i chciałbym teraz być z Tobą.
13.
styczeń 14, 2009
Kiedy miałam czternaście lat byłam zwykłym dzieciakiem, które chciało wszystkiego, a nie mogło tego mieć. Wtedy ten dzieciak bez powodu popadał w pseudo depresję, pisząc pseudo depresyjne notki na swoim młodocianym blogu, które w domenie miało słowo anonim. Kiedy miałam piętnaście lat chciałam czegoś więcej niż tylko zainteresowania. Kiedy miałam piętnaście lat zaczęły budzić się we mnie moje wartości. Zaczęłam rodzić się bardziej osobą dojrzałą niż nastoletnim gówniarzem. Jednak dalej byłam tylko piętnastoletnim dzieciakiem, które nie wiedziało do czego tak naprawdę dąży. Kiedy skończyłam lat szesnaście stanęłam przed strasznymi decyzjami, przed którymi żadne szesnastoletnie dziecko nie powinno stawać. Na, za przeproszeniem, nowej drodze życia, bez jakichkolwiek ciekawych i sensownych wskazówek byłam popychana przez innych, “oby do przodu”- popychana. Teraz zaczęłam swój siedemnasty rok życia. Przez ostatnie kilka miesięcy podejmowałam strasznie dużo ważnych dla mnie decyzji. Te decyzje były samodzielne. Czasami czułam się jak siedemnastoletnie dziecko, które na silę musi udowadniać, że coś potrafi. Musi pokazać, że samo sobie poradzi. Czasami czułam się całkiem niezależna, a moja niezależność przechodziła w samowolę, która szybko się kończyła. Jednak idąc w swój siedemnasty rok życia mam na plecach już bagaż doświadczeń. Jestem sobą. Ze swoimi wartościami i zasadami podążam przez życie dalej i dalej, nikt mnie już nie popycha, nikt nie zatrzymuje. Stoję na pustej drodze, która gdzieś mnie musi doprowadzić, coś pokazać, czegoś nauczyć. Mając siedemnaście lat nie myślę już tylko o sobie i swoich problemach. Mając siedemnaście lat we wszystkim szukam głębszego sensu, sensu jaki daje nam życie. Bo życie to nie tylko rozmowa. Życie to poczynania, zachowanie, przeżycie. Życie to zazwyczaj ty i ktoś jeszcze, ktoś ci bliski. Mając czternaście lat tego nie rozumiałam- teraz wiem. Nikt mnie nie popycha bo nikt już robić tego nie musi.
Nie wiem czemu zaczynam to tu. Nie mam moi drodzy pojęcia. Moimi ambicjami jest napisać kiedyś coś co będzie miało dla kogoś znaczenie tak jak dla mnie “Pan Ibrahim” i “Pani Róża”. Po prostu tak właśnie zacznę, coś co będzie miało troszkę więcej stron niż przeciętne opowiadanie.
Wiecie, że Was kocham,
Ania



